Wyróżnione wpisy

Blogi

Zrozumiałem co znaczy powódź

  • Lato, wakacje, każdy z utęsknieniem czeka na ten okres, odlicza dni, ile jeszcze zostało do wypoczynku. W końcu będzie można „zmienić tapety”, zapomnieć na parę dni o codzienności.
    Tak było w tym roku i u nas, trzy tygodnie luzu, odpoczynku, relaksu, taki był plan. Pierwsze dwa tygodnie nad morzem, piękna pogoda. Słońca było momentami aż za dużo. Na plażę chodziliśmy wtedy wieczorami. Nadszedł ostatni tydzień wypoczynku, parę spraw do załatwienia i spotkania z rodziną, ze znajomymi. W piątek 06.08 pojechaliśmy do Bogatyni. Po drodze popadywał deszcz, czasami trochę intensywniej, czasami tylko kropił, w sumie normalne opady. Do Bogatyni dotarliśmy o 16:00, niebo było zachmurzone, wieczorem zaczął kropić deszcz, nie były to intensywne opady. W nocy padało momentami mocniej, ale nic nie wskazywało na dramat, który rozegrał się w sobotę 07.08.
    Gdzieś o 10:00 usłyszałem krzyk „zaraz nas zaleje, Miedzianka wylewa“ ,to była Basia, która w drodze na zakupy zobaczyła, że rzeka wystąpiła z brzegów i zalewa ulice. Chwile potem Darek krzyknął, żebyśmy wystawili samochody, woda zalewała już podwórko. Wybiegłem z domu, woda sięgała do kostek, odstawiłem auto, biegiem wracałem do domu, trwało to może 10, może 15 minut, woda na podwórku sięgała mi już do połowy ud. Próbowaliśmy ratować dom, nie było piachu, nie było worków, wylewaliśmy przez okna wodę z parteru, ręcznikami próbowaliśmy ją zatrzymać, uszczelniać drzwi.
    Napór wody wyrwał nagle drzwi wejścowe z zawiasów, Darkowi i Pawłowi udało je się jakims cudem zawiesić i zamknąć.
    Ktoś krzyknął, że woda zalewa bazę, tam na parkingu stały samochody Darka i Pawła. Paweł, syn Basi i Darka, wyskoczył przez okno, ktoś obcy pomógł mu wywieźć auta na miejsce oddalone i wyżej położone, chciał wrócić do domu, ale już nie mógł przedostać sie przez dziką, wściekle rwącą wodę.
    W domu woda przybierała z sekundy na sekundę, próbowaliśmy ratować rzeczy, kładąc je na szafy, wody było coraz więcej, lodówka już pływała w kuchni, zaczęliśmy ewakuację na pierwsze piętro. Była już tam nasza dzielna 11-letnia córka Tilly, która brodząc w wodzie, chwilę wcześniej wyprowadziła na górę nasze psy.
    W pewnym momencie, napór wody zatrzasnął drzwi pokoju stołowego, została w nim Ela. Wydostała się przez okno na zewnątrz, trzymając się na zmianę płotu i muru dotarła do drugiego okna, weszła do kuchni, w której my byliśmy.

     

     

     

    Każde z nas chwyciło coś w ręce i uciekliśmy na piętro. Na parterze został jedynie Darek. Stojąc po pierś w wodzie, desperacko próbował jeszcze zatrzymać wdzierającą się przez okno wodę. Po jakimś czasie i on zrezygnował.
    Nie wiem teraz jak długo to wszystko trwało, może 30 min, może godzinę. Byliśmy odcięci od świata, bez jedzenia, bez picia.
    Będąc na górze widzieliśmy z okien jak poziom wody stale rośnie. Z obawą i przerażeniem obserwowaliśmy przepływające obok domu samochody, lodówki, meble, drzewa.
    Sieć telefonów komórkowych działała sporadycznie, od czasu do czasu dostawaliśmy wiadomości o tym, co dzieje się w mieście, że gdzieś zawalił się dom, że pomoc jest w drodze, że musimy się ewakuować. Niestety, pomocy nie było żadnej, Bogatynia w tym czasie była już odcięta od świata.
    Po południu, poziom wody zaczął się obniżać. Gdy woda opadła o jakieś 10cm, dostaliśmy wiadomość, że Czesi chcą o 18:00 otworzyć tamę i puścić trzy metrową falę. Co dalej? Z domu nie mamy jak wyjść, gdzie uciekać? Na szczęście była to informacja niepotwierdzona, nie było drugiej fali.
    Woda powoli opadała, nastała noc, czuwaliśmy próbując spać. Każdy szmer, stuk, zrywał nas na równe nogi.
    O piątej rano woda opadła, wyszliśmy z domu. To, co zobaczyliśmy było przerażające: uszkodzone domy, pozrywane drogi, mosty. Miasto wyglądało jakby przeszła przez nie nawałnica wojenna.
    Ludzie byli zrozpaczeni, stracili wszystko.

     

     

     

    Dopiero teraz zrozumiałem prawdziwą tragedię ludzi dotkniętych katastrofami, walczących o życie, ratujących swój dobytek w trakcie rozgrywającego się dramatu. Żaden reportaż nie jest w stanie tego przekazać.

    Wyjechaliśmy z Bogatyni w niedzielę jedyną otwartą drogą, przez Czechy, dla nas był to powrót do „normalności”. Mieszkańcy Bogatyni walczą w dalszym ciągu ze skutkami powodzi, o byt, o powrót do normalnego życia. Ich dramat będzie trawał jeszcze bardzo długo...

Komentarze

3 komentarze
  • Renata Mikuś
    Renata Mikuś Żal mi bardzo tych wszystkich ludzi. Wiem, że żywioł wody czy ognia jest nie do ujarzmienia, ale uważam, że wiele podtopień powstało w wyniku niedostatecznego zabezpieczenia np. wałów ochronnych przy rzekach, czyli - niedopatrzenia urzędników, którzy tego...  więcej
    27 stycznia 2012 - 1 podoba się
  • Beata Tuszewski
    Beata Tuszewski Oglądałam w telewizji wiele reportarzy na temat powodzi. Były to zawsze bardzo smutne zdjęcia i bardzo było mi żal ludzi dotkniętych taką katastrofą, ludzi, którzy tracą nagle egzystencję. Ale dopiero teraz, czytając autentyczne przeżycia potrafię wyobraz...  więcej
    27 stycznia 2012 - 1 podoba się
  • Janusz Pytlewski
    Janusz Pytlewski Rzeki przepływające przez miasta i miasteczka i wsie muszą być tak pogłebione ,żeby przy największej nawałnicy nie zagrażały mieszkańcom . Pogłębiać trzeba przy najniżzszym stanie rzzeki. Po co wydawać pieniądze na odszkodowania. Lepiej zapobiegać !!!
    3 października 2015